| Galeria fotek z wyprawy |
Skoro już zacząłem od tej nazwy to wypada wyjaśnić co to jest
pociec; nie wszyscy mieszkają na południu Polski więc trzeba powiedzieć, że pociec to inaczej gniewus a gniewus to na Słowacji modraczek a u nas czasem siniak a naukowo to borowik ceglastopory czyli Boletus
erythropus (Fr. ex Fr.) Pers.
O gniewusach czyli poćcach jest na stronie Zenita dość sporo. Pierwszy tegoroczne
egzemplarze zebrała Monika Koziorowska,
która pozwoliła sobie przyjechać na Orawę z Łodzi i uprzedzić i krakusów i górali.
Jej poćce były młodziutkie. Nie wytrzymał Paweł Chilecki i ...z ziemi włoskiej do
Polski przybył natychmiast, po obejrzeniu w internecie pierwszych gniewusów. Zaatakował
5 czerwca i to skutecznie
– efekty też do oglądania na stronie Zenita. Te fakty spowodowały, że wyprawa 8
czerwca, w sobotę, była nastawiona wyraźnie na poćce. Wprawdzie Wiesław sugerował,
że może i prawdziwek jaki będzie ale jego optymizm jest dobrze znany i nie należało
brać poważnie tych sugestii, jako że Pieter i Paweł grzybów ( czytaj prawdziwków)
jeszcze nie posiali. Wiesiek sugerował też, że deszczu nie będzie, że telewizja
kłamie itd.... Jak już teraz wiadomo prognoza pogody też mu nie wyszła ale swojej
opinii o telewizji nie odszczekał...
Paweł dopadł nas jak zwykle pod
sklepem w Trstenie i od razu rozpoczął od mocnego uderzenia. Przywiózł prezenty w postaci grzybków
marynowanych po włosku. Wyglądało to pięknie; mieszanka
hodowlanych grzybków zrobionych na kwaśno ( ocet winny, kwasek cytrynowy)
ale w oleju słonecznikowym. Czegóż to nie włożyli do słoika... i pieczarki (
maleńkie) i łuszczaki zmienne i twardziaki ( Lentinus edodes) i jakiś hodowlany gatunek
pochwiaka ( Volvarella volvacea). Trzeba przyznać, ze smaczne to było i warto
spróbować takiej właśnie receptury. Grzyby mogą być inne ale ten olej i kwaskowate
grzyby... ciekawe.
Paweł przywiózł też kosz na grzyby.
Tłumaczyliśmy się, że my jesteśmy bez koszy bo nie chcieliśmy zapeszyć ale tak
naprawdę to wynikło z braku wiary w grzyby...
Początkowo wyglądało, że rzeczywiście grzybów nie ma. Nasze spacery w jednej z dolin w
okolicy Zemianskej Dediny nie
wskazywały na obecność grzybów leśnych. Na dodatek zaczęło padać i pierwsze
zdjęcia pokazują, że chodzimy po łąkach
a nie po lasach. Wiesiek nawet w
takiej sytuacji nie traci humoru tylko strzela
bez przerwy aparatem we wszystko co mu się przed oczy
nawinie. A to jakaś biała
substancja grzybopodobna a to kwiaty ( piękne
żółte osty, obuwik pospolity).
Ujęciem numer 1 tej wyprawy pozostanie jednak chyba żmija,
która nie wiadomo dlaczego weszła na młodego
świerka i tam postanowiła Wieśkowi pozować.
Robiła to na tyle znakomicie, że zdjęcia wyszły wspaniale. Z całą powagą
stwierdzam, że żmii nikt nie dotykał ( ze zrozumiałych względów) i że była
rzeczywiście żywa jakkolwiek może trochę zmarznięta ( 15 stopni).
Deszcz spowodował, ze powoli
weszliśmy w ostępy leśne. No i
zaczęło się; stare łuszczaki
zmienne ( dwukrotnie), gwiazdosz, drobne, małe grzybki rosnące całymi
koloniami ( rodzaj twardzioszków), wreszcie kubki
( stare i młode) oraz rodzaj skórzastego ucha ( jest to Piestrzyca
zwyczajna (Helvella acetabulum) ) a także pierwszy tegoroczny rycerzyk czerwonozłoty ( Tricholoma
rutilans).
I wreszcie jest! Jest pierwszy pociec.
Pogryziony przez ślimaki ale da się rozpoznać, że to obiekt naszych poszukiwań.
Niestety był to jedyny egzemplarz tego borowika w okolicach Zemianskej Dediny.
Znaleźliśmy nawet dwie majówki
na skraju lasu, a nawet twardzioszki,
które urosły pod świerkiem a gniewusów nie było. Była za to jeszcze piestrzyca i
okropnie dużo wody. Woda lała się z góry, z gałęzi świerków a nawet z wysokich
traw do butów. Wiesiek zastosował ochronę stóp przed zamoczeniem wyciągając spodnie
na buty gumowe ( nie zdążyłem się zapytać czy ma “obrączki” na łydkach). Paweł
miał spodnie tradycyjnie włożone do butów a piszącemu te słowa było wszystko jedno
gdyż skórzane buty nie wytrzymały nadmiaru wilgoci. Te “drobne” niedogodności spowodowały, że
trzeba było zapalić tradycyjne ognisko i podgrzać przyniesiony prowiant. Ze względu na
deszcz wystąpiły pewne kłopoty z suchym paliwem ale grzybiarz zawsze daje sobie radę. Ognisko było krótkie ale
intensywne, Paweł odparował z
wilgoci i można było ruszyć dalej. 
Po zejściu do Zemianskej Dediny i
sfotografowaniu paru pięknych pniarków
obrzeżonych wyprawa podążyła
do opisywanej już doliny, ciągnącej się wzdłuż rzeki Zabiedovki. Wybór okazał się
słuszny; to była wreszcie urodzajna dolina.
Rosły tu i poćce i maślaki pieprzowe
i ruliki nadrzewne i nawet rzadki
o tej porze pięknoróg lepki.
Paweł pociągnął nas na południowe, nasłonecznione
stoki doliny gdzie niedawno znalazł gniewusy. Były i tym razem.
Zakopiańczyk znalazł pierwszego,
potem przyszła seria Tadeusza.
Nawet i Wieśkowi się trafiło
... i to na dodatek największy. W sumie 18 pięknych borowików ceglastoporych, które
znalazły sobie miejsce w koszu.
Paweł proponował zaokrąglić rachunek do dwudziestu ponieważ w koszu było także
kilka maślaków pieprzowych..
Zostaliśmy jednak przy osiemnastu co było o tyle ważne, że liczba 18 dzieli się bez
reszty przez 3. W końcu jednak zespół postanowił zostawić grzyby Pawłowi aby je
zrobił a la italiano czyli w oleju słonecznikowym.
Po odjeździe Pawła krakowska część wyprawy odwiedziła jeszcze
las w Chyżnem w poblizu granicy
polsko – słowackiej. I tu też były poćce
. Jak widać na zdjęciach rosły nawet głową
( a właściwie kapeluszem) do dołu. Łącznie zebraliśmy 9 pięknych, czerwononogich borowików. Gdyby nie
deszcz, który wygonił nas z lasu prawdopodobnie grzybów byłoby znacznie więcej.
Wiesiek fotografował tez kolonie muchomorów
( mglejarki), które występowały
we wszystkich stadiach rozwojowych od jaja poczynając a kończąc na starszych
egzemplarzach o rozpostartych płasko kapeluszach. Po wyjściu z lasu skończył się
także deszcz i można było jeszcze utrwalić na filmie niezwykle uroczego, kolorowego stracha na wróble, którego
nazwaliśmy “konserwatystą”
bowiem na końcach “rąk” miał założone puszki po konserwach rybnych. Wiesiek nie
omieszkał także utrwalić oryginalnego nakrycia
głowy niżej piszącego i jego przemoczonej, ostatniej koszuli.
Na koniec wizyta u państwa Nogów z Chyżnego, którzy podjęli nas gorącą kawą,
ciastem i miodem wprost z plastra świeżo wyjętego z ula. Wizyta niezwykle ważna
ponieważ gospodarz domu wyjaśnił nam czym naprawdę jest borowik ceglastopory, który
tak wcześnie wyrasta. Otóż stare powiedzenie, znane w tych okolicach mówi: “Pociec,
wszystkich grzybów ociec” A więc pociec rośnie przed prawdziwkami, przed
maślakami, przed kozakami. Pojawia się już w maju i stąd też został uznany za ojca
wszystkich grzybów. A to znaczy, że już niedługo będą i dzieci Pana Poćca. Za
tydzień, dwa . Jest ciepło i leje...
Autorem relacji z wyprawy
jest Tadeusz Ruchlewicz
|