Kilka telefonów i zapada
decyzja w sprawie kolejnej wyprawy członków Klubu na grzybobranie, na Słowacką Orawę.
W nocy spadło w górach kilka kropli deszczu, może borowiki i inne cudeńka wychylą
swoje kapelusze ponad kępy wrzosów i mchów?
Jedziemy zadając sobie po drodze to pytanie...
W wyprawie wzięli udział: Wiesio (reprezentujący Kraków), Pawły (Zakopane
i Nowy
Targ)i Teresa
(Myślenice). Spotkaliśmy się przy "małej czarnej" tuż za przejsciem
granicznym w ........ Nerwową atmosferę oczekiwania na Pawła (Zakopane)łagodził ton
Teresy ("Najlepszym lekarstwem jest spokój"). "Długie" chwile
wypełniła troska o brzuszki czworonożnych
przyjaciół, miłych względem nas, ale mocno pobudzonych instynktem
samozachowawczym. Apetyt pieska
wzrastał wprost proporcjonalnie do zrywania z nieśmiałością jego partnerki. To się
nazywa: mieć oparcie i pomagać sobie w potrzebie...
Nareszcie Paweł pojawił się na horyzoncie... co za ulga...
Teraz wszyscy razem mkniemy
w stronę Zielonej
Katedry. Kochamy zapach lasu,
niewyczerpane bogactwo cudów natury.
Nareszcie na miejscu...
Na horyzoncie pojawia się soczysta
zieleń iglastych borów i pozostałości starej drogi
kolejowej łączącej kiedyś Słowację z najbliższą nam okolicą. W
drodze towarzyszą nam marzenia, nadzieje na znalezienie tego cudownego, pierwszego z rodu
Plechowców. Tu zawsze jesteśmy zgodni...
W ciszy, milczeniu stawiamy pierwsze kroki po ściółce
leśnej... napięcie rośnie. Wreszcie jest - co prawda tylko noga borowika
ceglastoporego Wiesia (kapelusz zjadł ślimak). To już coś - pierwszy zwiastun, liczy
się sztuka. Mija kilka minut i Paweł
(Zakopane) znajduje ślicznego borowika, potem następnego drugi
Paweł. To wciąż za mało... Sezon w pełni, ale susza daje się we znaki.
Nic więc dziwnego, że cykl rozwojowy grzybków jest spowolniony.
Inne walory okolicy rekompensują nasz trud. Soczyste
poziomki, aromatyczne jagódki
są wspaniałym źródłem naszej energii. Również krajoznawczych walorów nie sposób
pominąć: rwące górskie
potoki, łąki zasypane kwieciem
ziół i polnych
kwiatów mobilizują nas do kolejnego wysiłku. Zmieniamy miejsce
poszukiwań...
Paweł podrzuca pomysł, idziemy. Przemierzamy kolejny szlak w poszukiwaniu
"skarbów". Nasz kosz wypełnia się powoli. Goszczą w nim już borowiki
ceglastopore, maślaczki
ziarniste, kurki,
zajączki
złotawe. Zupka będzie smaczna. Napewno...
Dbając o racjonalne żywienie rozpalamy
ognisko
i tradycyjnie pieczemy pyszne
kiełbaski. Potem znów w tę samą
stronę...
Na
polanie Paweł znajduje wspaniałe kożlarze
pomarańczowo
- żółte, na innych okazach dostrzegliśmy cechy okresu starości.
Szkoda...
Kolejne odwiedzane
zakątki były raczej miejscem podziwiania istot
żywych (wielkie wrażenie wywarła na wszystkich piękna
ćma), zbierania
ziół na zdrowe herbatki. Pod koniec wyprawy kosz Pawła wzbogacił się
jeszcze o prawdziwka
i podgrzybka brunatnego. Inni uczestnicy znaleźli grzybki, których zdjęcia prezentujemy obok.
W drodze
powrotnej - wysłuchawszy
propozycji "pewnych miejsc" każdego z uczestników wyprawy - szukaliśmy
szczęścia.
Czy go znaleźliśmy?
Tak, w sobie. Doceniliśmy siebie po przebyciu ponad 20 km niewłatwej drogi.
Chyba wytrwałości i wiary w siebie nam nie brakuje... Prawda?
Tekst autorstwa Teresy z
Myślenic
Ja "Zenit" dodam od
siebie że Teresa w swojej opowieści nie wspomniała i kilku sprawach: o fakcie łapania
się ręką o drut kolczasty (w czasie wspinaczki
po stromym zboczu) oj krew się lała... ale liść babki zrobił swoje...
Nie wspomniała o pieknych białych
storczykach spotykanych na łąkach i wielu innych ciekawych
epizodach...
Tłumaczę to faktem że w ostatnim czasie zajęta jest bardzo prozaiczną i męczącą
pracą przez co nie ma głowy na wpominanie tej ostatnie wyprawy...
choś jestem pewny że wspominać ją będzie bardzo długo bo była bardzo sympatyczna.
Zenit - Wiesław Kamiński
|