| Galeria fotek z wyprawy |
Relacja z naszej sobotniej wyprawy na Orawę
słowacką (25 maja 2002) mogłaby być również nazwana wyprawą po złote runo albo na
grubego zwierza. Nie spotkaliśmy bowiem ani grubego zwierza ani złotego runa ani
prawdziwka ani smardza. Nie oznacza to jednak, że wyprawa poniosła fiasko. Nie zawsze
wraca się do domu z grzybami ale przecież nie samymi grzybami grzybiarz żyje.
Nie jestem do końca przekonany, ze smardze już zanikły. Głównym powodem naszego
smardzowego niepowodzenia był brak Pawła, który zamiast pilnować swojego terenu
włóczy się gdzieś po Italii w poszukiwaniu przygód sportowych. Podejrzewam też, że
mogliśmy sami dopaść jeszcze ostatnie egzemplarze smardzów i smardzówek ale zabrakło
czasu; deszcz zaczął padać tuż po południu i “grzybobranie” skończyło się
przedwcześnie. Ale po kolei...
Zabrakło na sobotniej wyprawie naszych “Górali” ale za to w ich miejsce pojawiły
się nowe twarze. Można powiedzieć – młodzieżówka klubu Darz Grzyb ( w cywilu wnuki
Tadeusza : Kuba - ten starszy i Grześ - okularnik w kapeluszu). Piszę -
młodzieżówka klubu, ponieważ Wiesiek nie dał im żadnych szans i bez pardonu wpisał
do notatnika.
Wyprawa poprzez Chochołów dotarła w okolice Orawicy. Wędrówka po terenach smardzorodnych czyli wyrośniętych
lepiężnikach nie dała efektu. Jedynym rezultatem tego etapu były piękne zdjęcia
nowych klubowiczów na tle wspaniałej górskiej przyrody i seniorów Klubu. Polecam
szczególnie zdjęcie Grzesia na
tle owocujących już pędów lepiężnika.
Tak wyglądają te rośliny pod koniec maja. To już nie kwiaty lecz koszyczki nasienne.
Za chwilę pofruną z wiatrem...
Po
niepowodzeniach ze smardzami doszliśmy do wniosku, że czas porzucić lepiężniki i
wejść do prawdziwego lasu gdzie można zapolować na “hrubego” grzyba. Las znalazł
się niedaleko. Ukształtowanie terenu i struktura podłoża wskazywały, ze jest to bez
wątpienia teren “prawdziwkowy”.
Teren był ale nie było prawdziwków... Pojawił się za to łuszczak zmienny ( Kuehneromyces
mutabilis, syn. Pholiota mutabilis ). Tak naprawdę to sam się nie pojawił
lecz został znaleziony przez Wiesława. Grzyb rośnie zwykle na spróchniałych pniach, podobnie było
i tym razem. Kępa łuszczaków nie była może zbyt fotogeniczna; kapelusze nie miały
już charakterystycznego jasnego środka i ciemniejszego brzegu - wyblakły z powodu
długotrwałej suszy. Także blaszki były już raczej cynamonowobrązowe niż
jasnobrązowe. Ciemnobrązowe łuski na trzonie dobitnie świadczyły jednak, ze jest to
łuszczak. Łuszczaki nazywane są przez Niemców Suppenpilz ( grzyb na zupę).
Zbieram je często i niekoniecznie przeznaczam na zupę. Można je wykorzystać do innych
potraw. Zbiera się je mozolnie; kapelusiki są małe, korzenie łykowate i zbyt twarde na
dodatek czarne u dołu. Łuszczaki rosną dużymi kępami już od wiosny ale nie
występują tak masowo jak opieńki - spotyka się je raczej rzadko.
Wiesiek pieczołowicie sfotografował pierwsze grzybki z zamiarem pokazania ich w atlasie
ale widać było, że nie o takie okazy mu chodziło. 
Po kilkunastu minutach wędrówki po “prawdziwkowym” lesie zeszliśmy w dół do
drogi. Napotkany grzybiarz z Polski, który również przyjechał na rekonesans,
potwierdził nasze obserwacje – na Orawie prawdziwków jeszcze nie ma. Sympatyczna para młodych ludzi,
również Polaków, utrwalona na zdjęciu przez Wiesława, nie poszukiwała grzybów lecz
ciekawych miejsc do zwiedzania. Zaproponowaliśmy Oravski
Podzamok a Wiesiek, dbający o swoja stronę nie omieszkał podrzucić im
adresu internetowego. Ta forma reklamy tak mu się spodobała, że www. grzybypodhala ...
dostało się także Słowakom, na dodatek strażnikom Parku Narodowego. Nie zostali
utrwaleni na fotografii ( a szkoda) tylko dlatego, że prowadziliśmy bardzo ważne
rozmowy związane z tematyką ochroniarską. Rozmowy były stosunkowo jednostronne;
sympatyczni strażnicy tłumaczyli nam bardzo szczegółowo po której stronie jest
rezerwat a po której tereny ogólnodostępne. Okazało się, że jak to bywa najczęściej, znajdowaliśmy się
po stronie zakazanej. Prawo Murphy’ego jest obiektywne: wszystko co dobre jest
nielegalne, niemoralne albo tuczące. Po tej pouczającej rozmowie będziemy pamiętać,
że jadąc drogą z Oravicy na południe - ścisły rezerwat mamy po stronie lewej a na
grzyby możemy chodzić na prawo. Trzeba przyznać, ze strażnicy słowaccy pracują
sumiennie i są zawsze na posterunku. Puścili nas jednak wolno, bez “pokuty” co
można uzasadnić głównie tym, że przekroczyliśmy granicę strefy ochronnej jedynie o
dwa metry i nie znaleźliśmy ani jednego smardza.
Praktycznie w tym momencie zakończyliśmy poszukiwanie smardzów. Kolejny etap wyprawy
prowadzony przez Wieśka miał za zadanie pokazać młodemu pokoleniu, że wędrówka po lesie jest czynnością
przewyższającą znacznie poziom takich form działalności człowieka jak oglądanie
telewizji lub uprawianie gier komputerowych.
Ostatni etap wyprawy rozpoczął się “ marszem przez pokrzywy”, który spowodował
dotkliwe pieczenie łydek u Tadeusza, idącego uparcie w krótkich
spodniach. Pierwszy obiekt utrwalony
na początku trasy to kaskada białych grzybów, które opanowały uschnięte drzewo.
Zenit prezentował kiedyś zdjęcie
tego drzewa na swojej stronie. Dzisiaj jużwiemy że gatunek ten to
: Trametes pubescens
. Nieco dalej można było zobaczyć piękne huby, które wybrały sobie za
żywiciela drzewo szpilkowe. Mimo suszy na spodzie
huby widać krople wody. Widać też zadowolona minę Grzesia. Niestety po spotkaniu z
hubami młody członek klubu poczuł taką utratę energii, że wszystko zaczęło mu się
kojarzyć z ogniskiem i pieczoną kiełbasą.
Wytrzymał jednak jeszcze kilkaset metrów marszu wabiony przez Wiesława perspektywą
wejścia na podobno bardzo wysoka wieżę.
Ta wysoka wieża okazała się amboną myśliwską. Była jednak niezwykle
solidnie zbudowana i rzeczywiście bardzo wysoka jak na konstrukcje tego typu. Młodzież
popędziła na górę by z tej wysokości podjąć próbę poszukiwania jednego chociażby
prawdziwka. Niestety z góry widać było tyle samo co z dołu. Napisy na deskach części
szczytowej głosiły: “ Lovu zdar” ( po polsku Darz Bór a dosłownie - Szczęścia w
polowaniu), oraz ( w tłumaczeniu na język polski) - “ Kto strzela z tej ambony
powinien flaszkę postawić budowniczym”. Węglem drzewnym dopisaliśmy życzenia dla
grzybiarzy i już można było się brać za ognisko. Jak widać na zdjęciach drzewo na
ognisko było suche ( nie dymiło) a kiełbasy
smaczne ( nic nie zostało).
Po wzmocnieniu ciała pozostało nam jeszcze posilić ducha, który z powodu braku
grzybów był nieco nadwątlony. Jako strawę duchową, Wiesiek znający trasę, wybrał
przemarsz przez piękne polany podszczytowe.
Po drodze udało nam się spotkać
jeszcze dwa gatunki grzybów wiosennych, nad którymi będziemy się jednak chyba długo
biedzić... Same polany okazały się bajecznie
kolorowe. Czegóż tam nie było: kwitnąca macierzanka pachnąca latem,
wspaniałe dywany bratków, storczyki,
jaskry i cały zielnik innych kwiatów. Największe wrażenie robiły jednak bratki.
Dzikie bratki polne są zazwyczaj drobne i niepozorne, te natomiast pokazane na zdjęciach
Zenita były duże, pachniały miodem i były różnokolorowe; żółte, białe,
fioletowe, mieszane...
Polany, na które wyprowadził nas Wiesław, z całą pewnością rodzą prawdziwki. Na
prawdziwki jest jednak za wcześnie. Wszędzie na Orawie panuje susza, która dodatkowo nie sprzyja
grzybom. Naprzeciwko widać było Tatry. Wiesław próbował zrobić jakieś ciekawe
panoramy ale widoczność była marna. Wierzę jednak w moc jego aparatu. Znad Tatr wypełzały chmury. Pierwsze krople
deszczu położyły kres naszej sobotniej wędrówce. Sucha, spękana ziemia łapczywie
wchłaniała wodę. Jadąc z powrotem w kierunku przejścia granicznego w Chyżnem
mogliśmy obserwować, że pomimo deszczu kąpielisko
termalne w Oravicy było pełne ludzi. Większość kąpiących się
przyjeżdża tu z Polski. Ze względu na wysoką temperaturę wody kąpią się także w
zimie.
Autorem relacji z wyprawy
jest Tadeusz Ruchlewicz
|