Burza przeszła nad Krakowem
w nocy z 9 na 10 maja. Obfite opady deszczu zmoczyły solidnie ziemię. Ale czy wszędzie
i czy nie za późno? Takie pytania zadawaliśmy sobie jadąc wczesnym rankiem na
południe. Tym razem górale
zadbali o liczną reprezentację; oprócz dwóch Pawłów w wyprawie wziął udział
Piotrek – brat Pawła nowotarskiego ( tak nazywamy Pawłów – ten wysoki to
zakopiański a ten niższy z ciemnymi włosami to nowotarski). Kraków wystąpił w
składzie dwuosobowym (Wiesiek i Tadek) co, jak się pod koniec reportażu okaże, miało
swoje konsekwencje statystyczne.Spotkanie nastąpiło koło Orawicy ( Oravice)
znanej z możliwości kąpieli termalnych. Wiesiek nastawiony jak zwykle na wielką wojnę
z Góralami złożył protest ze względu na zbyt wczesny przyjazd reprezentacji górskiej
( już od szóstej czesali pola lepiężników). Protest został załatwiony polubownie
ponieważ zespół podhalański i tak nic nie
znalazł. Po krótkiej naradzie i prezentacji obu zespołów Wiesiek natychmiast wpisał
Piotrka na listę członków klubu. Nastroje były bojowe od samego rana; wystarczy
popatrzeć na Pawła i
Tadeusza jak mierzą się wzrokiem - jak bokserzy - zawodowcy przed
rozpoczęciem pierwszej rundy.
Za Orawicą pierwszy smardz Tadeusza
na brzegu rowu przydrożnego - pierwszy punkt dla Krakusów. Drugiego smardza
znalazł Wiesiek a potem już poleciało...
W sumie pierwsze poletka lepiężników
nie zapowiadały sukcesu. Smardze
można było policzyć na palcach obu rąk. Postanowiliśmy zmienić dolinę. Ta
kolejna okazała się mało atrakcyjna
smardzowo. Jeden znaleziony
smardz nie zachęcał
do dalszych poszukiwań. Zawróciliśmy do samochodów ale jak się okazało tylko we
czwórkę – Paweł (zakopiański) przepadł. Wiesiek wiedział co to znaczy ( kiedy
Paweł przepada to zawsze przychodzi później z grzybami) i gderając znęcał się nad
aparatem fotograficznym. W efekcie powstało kilka zdjęć doliny, potoku, tarniny,
mleczajów,
jaszczurki,
kapliczki przydrożnej...
Paweł pojawił się wreszcie i już z daleka
widać było, ze niebieska
reklamówka w jego ręku nie jest pusta; pierwszy większy zbiór w tym dniu
– 19 smardzów.
Następna dolina okazała
się nie tylko urocza ale również zagospodarowana turystycznie. Co kilkaset metrów
znajdowały się chatki a przy nich ławy i stoły
oraz miejsca na
ognisko - zazwyczaj zaopatrzone w materiał palny. Jedno z takich miejsc
wybraliśmy na postój.
Jak zwykle była pieczona
kiełbasa a na dodatek marynowane muchomory czerwieniejące, które zostały pożarte z
wielkim ukontentowaniem
przez grzybiarzy. Wiesiek jak zwykle trochę marudził bo zapomniał kiełbasę
w samochodzie. Chciał nawet wracać kilka kilometrów ale w końcu zrezygnował.
Wyciągnął za to z plecaka dwa skarby zapakowane w metalowych puszkach, które po
schłodzeniu w zimnym górskim potoku spowodowały wyostrzenie wzroku całej grupy –
tuż po odejściu od ogniska
“sypnęło” smardzami.
Wyrosły na brzegu potoku przy czym podłoże porośnięte było w tym miejscu mchem. To
miejsce dało nam już kilkadziesiąt smardzów. W dalszej wędrówce sukcesy odnosił głównie Paweł
(nie piszę który bo wiadomo). Smardze skończyły się jednak - pojawił się typowy górski chłód i
wiadomo było, ze wyżej będzie coraz zimniej i coraz mniej szans na smardze.
Po krótkiej naradzie podejmujemy
decyzję: jedziemy
w nasza starą, dobrą
dolinę, znaną z ubiegłego roku ze spotkań z grzybiarzem słowackim,
który w ramach integracji europejskiej częstował nas rumem i herbatą ziołową.
Samochody zostają we wsi ponieważ u wejścia do doliny stoi zakaz wjazdu, którego
zresztą nikt nie przestrzega...
Ruszamy powoli pod górę. Paweł
nowotarski jak co roku o tej porze poluje na winniczki olbrzymy.
Podejrzewam, że zakłada hodowlę w Nowym Targu bo wybiera najpiękniejsze egzemplarze.
Maj to niezwykle erotyczny miesiąc dla ślimaków. Wiesiek z zapamiętaniem fotografował
dwójkowe a nawet trójkowe układy “winniczków”. Jeden z takich układów miał
miejsce pod smardzem; fotograf wycelował obiektyw na ślimaki
i dopiero wtedy zauważył grzyba. Jak widać ślimaki w nastrojach godowych nawet nie
zauważyły, że mają “papu” pod nosem ( prawdę mówiąc nie wiem czy ślimaki mają
nos).
Powoli zaczynają pojawiać się smardze.
Są jednak nieliczne. Pierwszego
znajduje Piotrek. Nasze stare, znane miejsca nie są jednak zbyt bogate - grzybów jak na
lekarstwo... Robimy krótką przerwę,
zjadamy kiełbasę Wieśka upieczoną
nad ogniem, wypijamy resztki wód mineralnych i ruszamy wyżej. Dochodzi do
secesji; “Pawły” idą dołem nad rzeką a my górą. Trafiamy wreszcie na nasze
pierwsze w tym dniu smardzowe Eldorado. Zbieramy już po kilkadziesiąt egzemplarzy. Dochodzimy pod domek Słowaka i kolejne
Eldorado. Pod domkiem liczymy;
mamy już 74
sztuki ( te z poprzednich dolin zostały w samochodzie) a więc razem ponad 100. To rekord
– po pięćdziesiąt sztuk na jednego. Firma Paweł&Paweł, zdenerwowana takim
obrotem sprawy, rwie ostro do przodu; Wiesiek rusza w pogoń zostawiając Tadka i Piotrka
z tyłu
( obaj nie mieli butów gumowych i nie
mogli przechodzić przez rzekę w dowolnym miejscu). Tadek na szczęście wie gdzie jest
następna łąka lepiężników. Z daleka widać jak cała trójka pracowicie
grzebie w zielonych liściach. Widać jednak, że tylko jeden coś wyciąga z ziemi – to
oczywiście Paweł (od 10 maja będzie nazywany Wielkim).
Nasz nalot był skuteczny, wyciągamy po kilkanaście pięknych Morchelli. “Pawły”
zmieniają taktykę – opuszczają pole bitwy i znikają w
niewiadomym kierunku. Ruszamy w pogoń we trójkę. Jak się okazuje idziemy poprzez
najpiękniejsze smardzowiska jakie poznaliśmy na Orawie, teren jest jednak
wyeksploatowany. Widać ślady obu Pawłów ale nie widać już grzybów. Kilkanaście
minut zajmuje nam sesja
zdjęciowa z pięknym,
dużym
zaskrońcem,
który pozuje do fotografii zwinięty w kłębek
( pozycja obronna) a następnie znudzony towarzystwem żegna nas sykiem i udaje się do kąpieli
w zimnym górskim potoku. Wiesiek robi jeszcze kilka ujęć
sympatycznego węża
i ruszamy w pogoń za czołówką. Końcówka grzybobrania jest niezwykle ekscytująca. Piotrek, nasz koń
trojański, znajduje smardze
bliźniaki i woła Wieśka by je uwiecznił. Wiesiek pochyla się i widzi,
że całe zbocze, na które wszedł Piotrek jest porośnięte smardzami. Chodzimy tam i z
powrotem, wyciągamy spomiędzy lepiężników dziesiątki pięknych, dorodnych smardzów stożkowatych.
Paweł&Paweł wołają nas; też mają zatrzęsienie grzybów. Przechodzimy na drugą
stronę potoku. Wiesiek robi nam ostatnie zdjęcie z łupami.
Podhalanie idą nadal w górę, my musimy jednak zmierzać do auta. Kończy się powoli 10
maja, nasz dzień zwycięstwa nad smardzami. Czy ten urodzaj zapowiada obfity rok
grzybowy? Chyba tak.
A teraz krótka statystyka zbiorów:
- zebraliśmy łącznie 420 smardzów w tym 415 smardzów stożkowatych
( Morchella conica)
i 5 sztuk naparstniczki
stożkowatej ( Verpa conica)
;
- 251 smardzów zebrała grupa podhalańska
co daje średnio 83,66 smardza na osobę;
- 169 smardzów ( można policzyć na
zdjęciu, na którym smardze
widać na stole) zebrała grupa krakowska, co daje średnio 84,5 smardza na
osobę;
- Paweł z Nowego Targu
znalazł najwieksze
smardze
- indywidualnie wygrał oczywiście Paweł Wielki – 140
grzybków ale jak widać konsekwencją statystyczną nierównej liczebności obu grup jest
wyższa średnia przypadająca na jedna osobę zespołu krakowskiego. Jak widać
statystyka jest taka dziedzina matematyki, że właściwe jej zastosowanie pozwala bardzo
różnie interpretować wyniki. Ale liczby nie kłamią: 84,5 to więcej niż 83,66. :)
Tekst autorstwa Tadeusza
Ruchlewicza
Zdjęcia Wiesław Kamiński - Zenit
|